); ga('send', 'pageview');

Weekend z przyjaciółkami? W Porto!

Gdzie najlepiej wybrać się z przyjaciółkami na weekendowy wypad?

Chciałyśmy, żeby nie było za daleko, żeby pogoda była gwarantowana (leciałyśmy w styczniu, więc tym bardziej zależało nam na słońcu) i żeby była woda, duża woda, a najlepiej ocean i piękna szeroka plaża.

Łącząc te wszystkie potrzeby wybór padł na… Porto.

Poleciałyśmy tam na moje urodziny. Chciałam tym razem spędzić je inaczej niż zwykle, w małym gronie najbliższych przyjaciółek i cudownym miejscu.

Wymarzyłam sobie wieczór w rytmie fado i znalazłam najstarszą w Porto restaurację Casa da Mariquinhas. Tam każdego wieczoru odbywają się koncerty. Fado to nostalgiczne ballady zazwyczaj o miłości i tęsknocie. A samo słowo oznacza przeznaczenie. To był wspaniały wieczór. W restauracji spróbowałyśmy specjalności tego miejsca, czyli dorsza.

O północy czekała na mnie niespodzianka – artyści zaśpiewali mi Happy Birthday po portugalsku. To był ogromnie wzruszający moment.

Portugalczycy są niezwykle przyjaźni i bardzo chcą być pomocni, z czego nie raz podczas zwiedzania chciałyśmy skorzystać, ponieważ trochę jest kiepsko z oznaczeniami miasta, a szczerze mówiąc po prostu tych oznaczeń brak, więc trzeba mieć ze sobą mapkę, albo wiedzieć dokładnie dokąd chce się dotrzeć. Chęć pomocy to jedno, ale możliwość porozumienia to już zupełnie co innego – po angielsku jest to raczej niemożliwe, albo trzeba mieć szczęście, żeby trafić na kogoś, kto mówi w innym języku niż portugalski. Na migi natomiast szło nam świetnie 🙂

I tak, porozumiewając się na migi, trafiłyśmy do Ogrodów Palacio de Cristal. Można tam spędzić cały dzień, podziwiać różne gatunki roślin i kwiatów i przechadzać się niezliczonymi alejkami, którymi poza ludźmi spacerują…barwne koguty.

Mnie najbardziej zachwyciła architektura. Mogłabym bez końca chodzić uliczkami, gdzie wszędzie są stare domy, kolorowe drzwi, mozaiki. Wszystko tutaj jest takie autentyczne, surowe. Każdy z budynków jest oddzielną historią, najlepszą, bo prawdziwą, bez zbędnych dodatków.

Miramar

Z Porto jedzie tam pociąg, a podróż trwa około pół godziny. Sam dworzec w Porto jest przepięknym miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić nawet jak nie ma się w planach podróży koleją.

Jednak naprawdę warto pokusić się o tę wycieczkę i znaleźć się nad oceanem. Przy stacji w Miramar stoi niezwykły dom, od którego nie mogłam oderwać wzroku. Patrząc na niego wyobraźnia tworzyła swoje opowieści.

Na plaży natomiast jest kapliczka stojąca na skałach, o które uderzają fale. Obok niej spędziłyśmy większość czasu rozkoszując się zapachem i szumem wody.

Promenada nad Duoro

Po powrocie do Porto postanowiłyśmy pójść na promenadę nad rzeką Duoro. Jest tam knajpka na knajpce, w menu ryby, owoce morza, na co komu przyjdzie ochota. Kelner na powitanie przynosi cały zestaw przystawek, serów, pieczywa i past. Warto wiedzieć, bo nikt o tym nie informuje, że te wszystkie przystawki, łącznie z pieczywem, są płatne i rachunek podany na koniec może nieco zaskoczyć.

Na deptaku lokalni artyści śpiewają znane covery, a ludzie skupieni wokół nich tańczą na chodniku. Oczywiście i my wzięłyśmy udział w tej ulicznej potańcówce.

Targ Mercado do Bolhão

Ostatni dzień spędziłyśmy na największym targu w centrum Porto. Można tu kupić wszystko, od owoców i warzyw, przez upominki, po artykuły do domu. Tu najlepiej zaopatrzyć się w pamiątki i prezenty, wybór jest naprawdę imponujący. Ja zaopatrzyłam się również w owoce, które zwłaszcza w styczniu były wyjątkowym rarytasem.

Pasteis de nata

To smak, który króluje w Portugalii. Poznałam go właśnie tu, w Porto, w cukierni Manteigaria, która znajduje się obok targu. W tym smaku dosłownie się zakochałam. Pasteis de nata to małe babeczki z ciasta francuskiego, z przepysznym kremem przypominającym budyń, z cynamonem i wanilią.

Oryginalnie nazywają się pasteis de Belem, a ich twórcami byli mnisi z klasztoru Hieronimitów w Lizbonie, którzy chcieli wykorzystać ogromne ilości żółtek, które zostawały po zużyciu białek na krochmalenie ich habitów. Kiedy w 1834 roku klasztor przestał istnieć sprzedali swój pomysł rodzinie prowadzącej cukiernię Pasteis de Belem w Lizbonie. Podobno oryginalną recepturę znają tylko trzy osoby. Szkoda, że nie mam szansy stać się tą czwartą, ale babeczki robię, według przepisu, który wyprosiłam od tutejszych cukierników.

I tak są pyszne.

To był najlepszy słodki akcent na koniec trzech dni w Porto. I tylko rozbudził mój apetyt na odkrycie Portugalii.

Więcej już wkrótce 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *